czwartek, 23 listopada 2017

Organic Shop, maska do włosów z awokado i miodem

Na punkcie pielęgnacji swoich włosów od zawsze mam "fizia". Moje pasma są bardzo długie (już od kilku dobrych lat) oraz regularnie rozjaśniane metodą baleyage lub ombre. Mimo to dostaję mnóstwo komplementów na temat tego jak dobrze wyglądają, jak ładnie lśnią i jak miłe są w dotyku. Jest to na pewno zasługa dobrych genów, ponieważ moja mama też ma piękne, lejące i gładkie włosy, ale eksperymentowała z nimi dużo mniej niż ja. Osobiście uważam, że odpowiednio dobrane produkty (niekoniecznie tylko te z wysokiej półki cenowej) i regularność w ich stosowaniu są kluczem do sukcesu! Oczywiście muszę także zaznaczyć, że regularnie korzystam z zabiegów odżywczych u fryzjera oraz co 2-3 miesiące podcinam końcówki. Ale o tym dokładniej opowiem Wam w poście na temat całkowitej pielęgnacji włosów :) Dzisiaj zapraszam Was na recenzję niepozornej maski, która na prawdę przypadła mi do gustu!


Organic Shop, ekspresowa maska do włosów z awokado i miodem
Produkt zamknięty jest w plastikowym opakowaniu o pojemności 250 ml. Prosta szata graficzna baaaardzo przykuwa moją uwagę i wpisuje się w moje gusta :) Za ogromny minus uważam brak folii lub dodatkowego cienkiego wieczka zabezpieczającego. Na opakowaniu widzicie czarną nakrętkę (działającą na "wcisk") i jest to jedyne zamknięcie maski, więc uważajcie przy pierwszym otwieraniu, aby nie pobrudzić wszystkiego dookoła i nie zmarnować kosmetyku :) Produkt delikatnie, lecz przyjemnie pachnie, a jego konsystencja jest treściwa i aksamitna w dotyku.


SKŁAD I DZIAŁANIE 
W składzie produktu Organic Shop znajdziemy między innymi:
> olej z awokado, który działa regenerująco, odżywczo oraz ochrania i nabłyszcza, 
> olej ze słodkich migdałów, który natłuszcza, nawilża, wygładza i regeneruje,
> keratynę hydrolizowaną, która wzmacnia, uelastycznia, wygładza, zapobiega niszczeniu oraz elektryzowaniu włosów,
> ekstrakt z miodu, który nawilża i regeneruje.

Pełny skład:
Aqua with infusions of: Organic Persea Gratissima (Avocado) Oil, Honey Extract; Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Cetyl Ether, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Hydrolyzed Keratin, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid.

Jeżeli chodzi o działanie maski to ja przede wszystkim zauważyłam:
> wygładzenie,
> dociążenie (nie mylić  z obciążeniem),
> nawilżenie,
> nabłyszczenie,
> zmniejszenie elektryzowania.

Produkt stosowałam zwykle po umyciu włosów i trzymałam go na włosach około 2-3 minut lub nieco dłużej pod czepkiem - do 30 minut. Nie widziałam większej różnicy, więc wersja skrócona była dla mnie lepsza i wygodniejsza. Kosmetyk używa się bardzo przyjemnie, ponieważ dzięki dość treściwej konsystencji nie spływa on z włosów. Zapach niestety nie utrzymuje się zbyt długo, ale mi to nie przeszkadza, ponieważ i tak używam odżywek bez spłukiwania. Wydajność również oceniam na duży plus! Nic tylko chwalić :)

Nie zauważyłam żadnych skutków niepożądanych takich jak łupież, podrażnienie, czy przyśpieszone przetłuszczanie pasm.

Kosmetyk dostaniecie w wielu drogeriach internetowych za śmieszną cenę od 6,50 do 10 zł.

Pozdrawiam,
Ewu ;)

czwartek, 16 listopada 2017

Moja pielęgnacja twarzy + jak pozbyłam się wyprysków?

Witajcie, kochane! Przychodzę do Was dzisiaj z postem na temat tego jak pielęgnuję swoją skórę twarzy. Na wstępie zaznaczę, że jestem posiadaczką cery mieszanej skłonnej do zapychania się i przebarwień. W mojej nowej pielęgnacji króluje prostota i minimalizm. Staram się nie nadużywać mazideł, ponieważ moja skóra nie zawsze to lubi. Tak naprawdę z cerą nigdy nie miałam problemów, ale po 18-stce zaczęło się pogarszać, a po 20 była już masakra. Wysypywało mnie notorycznie, robiły mi się przebarwienia, a żadne kuracje kwasami i innymi specyfikami nie pomagały na dłużej jak kilka tygodni. W końcu postanowiłam wrócić do mycia buzi olejem, które notabene kilka lat temu zrobiło mi więcej złego niż dobrego. No, ale zaryzykowałam. Zmieniłam olej i powoli zaczęło się poprawiać... Potem wprowadziłam jeszcze kilka nowości i okazało się to strzałem w 10! Zapraszam na szczegółową relację pielęgnacji cery :)

 Do zmian w pielęgnacji mocno zainspirowała mnie moda prosto z Azji. Mimo, że nie czytałam (jeszcze!) słynnej książki ,,Sekrety urody koreanek" to w internecie aż huczy od informacji o tejże pielęgnacji. Postanowiłam skorzystać z rad innych dziewczyn i na początku zainwestowałam w olejek oraz esencję. Moim pierwszym i nadal ulubionym olejkiem do demakijażu był ten różany z Bielendy, natomiast obecnie używam olejku z firmy Balea.

> BALEA, OLEJEK DO DEMAKIJAŻU - produkt ten nie ma mocnego zapachu i bardzo słabo się pieni (porównując z Bielendą), natomiast muszę mu przyznać, że rewelacyjnie rozpuszcza makijaż i brud na mojej twarzy, przy tym nie obciążając i nie zapychając jej. Co ważne - produkt nie pozostawia tłustej warstwy na skórze (nie myję nim oczu, więc nie wiem jak sprawdziłby się w tej okolicy). Cera po jego użyciu jest dogłębnie oczyszczona, gładka i nawilżona. Kosmetyku używa mi się bardzo przyjemnie, ponad to jest to super wydajny. Ja swój egzemplarz zakupiłam w Chorwacji z drogerii DM, a Wy możecie dostać go na allegro lub na drogerianiemiecka.pl.
> BEBEAUTY, ŻEL DO MYCIA TWARZY -stosuję ten produkt od wielu lat i jest on dla mnie najlepszy. Nie chciałam wstawiać go do zdjęć na dzisiejszego posta, ponieważ już wielokrotnie była o nim mowa na blogu. Tutaj możecie przeczytać pełną recenzję (jeszcze za starej szaty graficznej ;)) - klik klik. Żelem zmywam resztki oleju oraz wstępnie makijaż oczu.
> SORAYA, PŁYN MICELARNY CLINIC CLEAN - produkt ten sprawdza się świetnie. Bardzo dobrze domywa makijaż oczu (nie używam kosmetyków wodoodpornych, więc nie wiem jak będzie w ich przypadku), nie podrażnia ich i nie przesusza delikatnej skóry. Stosuję go na zmianę z równie dobrym Garnierem.


> ZIAJA, TONIK LIŚCIE ZIELONEJ OLIWKI - uwielbiam ten kosmetyk zarówno za działanie jak i za formę w atomizerze. Produkt robi co ma robić, przyjemnie odświeża twarz oraz nawilża ją. 
> BIELENDA, ESENCJA DO CERY MIESZANEJ - jest to bez wątpienia moje odkrycie ŻYCIA! Sama forma produktu złudnie przypomina tonik po tunningu, ale nic bardziej mylnego! Esencja działa zdecydowanie silniej, lepiej i nieco inaczej. Dzięki produktowi Bielenda pozbyłam się wyprysków, nadmiaru sebum oraz przebarwień. Koloryt mojej skóry jest na prawdę mocno wyrównany, dzięki czemu nie wstydzę się siebie bez makijażu tak jak dotychczas. Bardzo zachęcam Was do przeczytania mojej całej recenzji na temat Esencji (dokładnie tutaj - klik klik), gdzie dowiecie się również o naprawdę wartościowym składzie produktu.


> ZIAJA PRO, KREM-MASKA POD OCZY - za taką cenę i takie działanie produkt zasługuje na miano KWC! Zdecydowanie już dawno nie miałam tak dobrego nawilżacza pod oczy, który przy okazji rozjaśnił skórę. Dzięki temu używam lżejszego korektora w codziennym makijażu, ponieważ skóra pod oczami jest w świetnym stanie. Całą recenzję produktu przeczytacie tutaj - klik klik.
> BIELENDA, SERUM DO TWARZY NICI 3D - Sera z tej firmy działają na mnie rewelacyjnie, a przy okazji są w przystępnej cenie. Przyznam szczerze, że wersja Terapii Wieku z nićmi 3D skusiła mnie wyglądem. Piękne perełki bez wątpienia przyciągają wzrok. Natomiast bez wątpienia produkt zatrzymał mnie działaniem... czyli maksymalnym nawilżeniem oraz wygładzeniem mojej cery. Bez efektu zapchania, bez tłustej klejącej warstwy. Po prostu rewelacja! Serum błyskawicznie się wchłania, dlatego czasami stosuję je także na dzień, ale generalnie jest to nieodłączny krok wieczornej pielęgnacji. 
> ZIAJA PRO, NAWILŻAJĄCY KREM Z FILTREM SPF 50 - codziennie staram się nałożyć ten produkt na swoją twarz, chyba że wiem, że nigdzie nie będę wychodzić. Ochrona przeciwsłoneczna jest ważna cały rok i ja się do tego całkowicie stosuję. Kosmetyk Ziaja chroni bardzo dobrze (był testowany również w Chorwacji), faktycznie nawilża skórę i nie zapycha jej. Produkt nadaje się pod makijaż, więc z powodzeniem możecie go stosować w codziennym życiu. Tutaj pełna recenzja - klik klik.


> ALTERRA, PEELING DO TWARZY - odkąd pamiętam lubiłam mocno zdzierające peelingi nawet do twarzy. Ostatnio postanowiłam jednak traktować ją nieco delikatniej, a produkt Alterra ma prawie niewyczuwalne drobinki. Nie zmienia to faktu, że świetnie złuszcza naskórek, bo faktycznie z tym radzi sobie świetnie. Przy okazji kosmetyk nie wysusza mojej skóry i pozostawia ją świeżą i niepodrażnioną.
> AVON, CZEKOLADOWA MASECZKA NAWILŻAJĄCA - to mój hit i również odkrycie życia. Nigdy bym nie przypuszczała, że maseczka za taką cenę i to jeszcze z firmy Avon zadziała u mnie tak rewelacyjnie. Produkt pachnie obłędnie czekoladą, zapewniając nam prawdziwą aromaterapię. Mocno kremowa, treściwa konsystencja świetnie rozprowadza się na skórze, a potem zasycha. Po zmyciu cera jest niesamowicie gładka, miękka, nawilżona, odżywiona i zregenerowana. Efekt utrzymuje się długo, aczkolwiek ja z miłości do tego produktu używam go stanowczo za często :) Na swoim koncie mam już 4 zużyte opakowania!
> ZIAJA PRO, MASKA ANTYBAKTERYJNA ZE SPIRULINĄ - to dopiero działa cuda! Przede wszystkim maseczka zmniejsza pory, wygładza skórę, zmniejsza ilość wydzielanego sebum, nawilża oraz wygładza koloryt cery. Pełną recenzję możecie przeczytać tutaj - klik klik.
> NOVACLEAR, PUNKTOWY PREPARAT NA ZMIANY TRĄDZIKOWE - to mój kosmetyk od zadań specjalnych, którego używam od razu wtedy, kiedy na mojej buzi coś się buduje. Zdarza się to już sporadycznie, nie mniej jednak przed "tymi" dniami każda skóra lubi płatać figle. Z produktem NovaClear żaden pryszcz mi nie straszny :) Tutaj pełna opinia - klik klik.

Jeśli chodzi o maseczki to używam ich w zależności od tego, czy moja skóra potrzebuje nawilżenia, czy oczyszczenia. Staram się wykonywać je średnio 2 razy w tygodniu bezpośrednio po peelingu. Jak możecie zauważyć nie wspomniałam dzisiaj o żadnym kremie na noc. Tego typu produkty nie zawsze są lubiane przez moją cerę, więc używam ich sporadycznie jak potrzebuję mocniejszego nawilżenia i odżywienia (obecnie w łazience mam krem Lirene do cery suchej). Na co dzień wystarcza mi serum z Bielendy :)

W pielęgnacji porannej stosuję kolejno: żel BeBeauty, esencję Bielendy, krem z filtrem Ziaja. I to wszystko!

Pozdrawiam,
Ewu ;)

poniedziałek, 13 listopada 2017

Dermastic, plastry przeciw wypadaniu włosów - efekty!

Dzisiejszy post dedykuję osobom, które podobnie jak ja mają uporczywy problem z wypadaniem włosów. Jeśli straciliście już nadzieje, a kolejne produkty, które miały pomóc zawiodły to koniecznie przeczytajcie moją dzisiejszą recenzję. Oczywiście problem wypadania włosów w moim przypadku nie jest czymś dramatycznym, ponieważ nie tworzą mi się łyse place, a na poduszce po nocy nie zostaje kłębek blond pasm. Nie mniej jednak problem jest, bardzo mi on przeszkadza i chciałabym sobie pomóc. Obecnie mam włosy do połowy pleców, co również sprawia, że mogą one więcej wypadać, aczkolwiek kiedy nosiłam fryzuję do ramion to problem wyglądał podobnie... Nie jest to też uwarunkowanie genetyczne, ponieważ nikt z moich bliskich na to nie narzeka. Po prostu przytrafiło się to mnie i muszę sobie radzić. A z pomocą przyszedł mi właśnie produkt, o którym będzie dzisiaj mowa. Zapraszam do czytania :)


Dermastic, plastry przeciw wypadaniu włosów 
Produkt przychodzi do nas zapakowany w zgrabny kartonik, na którym zawarte są wszelkie szczegółowe informacje na temat działania, stosowania i składu plastrów. Same plasterki są okrągłe i przezroczyste oraz otrzymujemy ich 28 sztuk. Produkt należy stosować nieprzerwanie, codziennie na noc. Plastry przyklejamy w dowolnym miejscu w obrębie głowy (skronie, czoło, kark lub za uszami) i idziemy spać. Muszę przyznać, że są one tak cieniutke i tak delikatne, że nigdy nikt nie zauważył, że jestem czymś oklejona :) Klej plasterków jest mocny, nie mniej jednak czasami zawodzi i plaster może się w trakcie nocy przesuwać lub po prostu odkleić. Dlatego polecałabym najczęściej używać produktu w obrębie czoła, ponieważ istnieje wtedy najmniejsza szansa na zgubienie go w nocy :)


SKŁAD I DZIAŁANIE
Skład plastrów jest prostu i bogaty. Znajdziemy w nim między innymi:
>  ekstrakt z korzenia myszopłocha kolczastego (ruszczyk kolczasty), który pobudza mikrokrążenie, dzięki czemu pobudza dotlenienie komórek wzrostu włosa,
>  bambus zwyczajny, który zawiera aminokwasy, witaminy i minerały, dzięki czemu wzmacnia i działa odżywczo na cebulki włosa, 
> bocznicę piłkowatą (palmę), która hamuje wydzielanie DHT (szkodliwa forma testosteronu) przyczyniające się do wypadania włosów,
> wyciąg z owoców winorośli, który pobudza mikrokrążenie, posiada właściwości detoksykacyjne i antyoksydacyjne oraz reguluje wydzielanie sebum,
> L-cysteinę, która osłania komórki przed wolnymi rodnikami, opóźniając proces obumierania cebulek włosów. Ponad to wchodzi w skład głównego budulca włosów, czyli keratyny,
> adenozynę, która wzmacnia korzeń włosa. 


Jeżeli chodzi o efekty to muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Do tej pory tak skutecznie podziałały na mnie jedynie tabletki piloxidil (suplement), natomiast wszelkiego rodzaju wcierki itp. nie dawały rady. Na efekt wow podczas stosowania plastów Dermastic trzeba trochę poczekać.. Powiem szczerze, że po 2 tygodniach stosowania traciłam już nadzieje, bo różnica w wypadaniu była niewielka. Kiedy rozpoczęłam 3 tydzień regularnej kuracji sytuacja naocznie się zmieniła. Włosów zaczęło wypadać o wiele mniej, co zauważyła nawet moja fryzjerka. Teraz po rozczesaniu pasm po umyciu nie mam już "zakudlonego" po brzegi Tangle Teezera. Owszem, włosy wypadają, ale teraz już w stopniu normalnym jak na długie pasma przystało. Póki co jestem już jakiś czas po kuracji plastrami Dermastic i wszystko nadal jest ok, ale boję się, że za jakiś czas problem może wrócić. W związku z tym skuszę się chyba na proponowane przez producenta szampon oraz serum przeciw wypadaniu włosów z tej samej serii.


Czy zauważyłam coś jeszcze poza zmniejszonym wypadaniem włosów? Tak. Przede wszystkim ograniczenie wydzielania sebum. Do tej pory włosy musiałam myć co 2 dni, ponieważ już były klapnięte i przetłuszczone. Teraz rutyna ta wydłużyła się o 1 dzień, ale dla mnie to i tak duży sukces, z którego mocno się cieszę! Jeśli chodzi o plastry Dermatic to możecie dostać je na Admed24.pl dokładnie tutaj - klik klik - w dwóch wariantach:
> kuracja 28-dniowa (79zł),
> kuracja 56-dniowa (129zł).

Cena produktu dla niektórych może być zbyt wysoka, ale osobiście uważam, że na prawdę warto. 

Produkt testuję dzięki współpracy z www.diagnosis.pl. Fakt ten nie wpłynął na moją opinię.



 Pozdrawiam,
Ewu ;)

czwartek, 9 listopada 2017

Ziaja, cupuacu, brązujące mleczko do ciała nawilżająco-odżywcze

Od zawsze lubiłam, kiedy moja skóra była delikatnie przybrązowiona, dosłownie muśnięta słońcem. Niestety w obecnym klimacie, który u nas panuje oraz chronicznym brakiem czasu nie mam jak takiego efektu uzyskać. Ratują mnie jedynie coroczne wakacje w Chorwacji, ale trwają one tylko 10-12 dni, a jak każdy z nas wie opalenizna nie będzie trzymać się wiecznie... Z pomocą przyszedł mi więc produkt Ziaji, czyli mleczko brązujące do ciała o dodatkowych właściwościach nawilżających. Kosmetyk pochodzi z apetycznej i kuszącej serii Cupuacu :)


 Ziaja, Cupuacu, brązujące mleczko do ciała nawilżająco-odżywcze
Balsam zamknięty jest w uroczej butelce o pojemności 300 ml i możecie go dostać na E-ziaja.com (dokładnie tutaj - klik klik). Szata graficzna jest przepiękna i mocno przyciąga wzrok :) Wygodna pompka ułatwia aplikację oraz sprawia, że produktu nie ubywa zbyt wiele i starcza go na dłużej. Kosmetyk ma białe zabarwienie i dość specyficzny zapach. Konsystencja bardzo przyjemna, produkt łatwo rozsmarowuje się na skórze i całkiem dobrze się wchłania. Zadaniem balsamu jest nie tylko nadanie brązowego odcienia naszej skórze, ale także zadbanie o jej nawilżenie i odżywienie. A jak jest w praktyce?


SKŁAD I DZIAŁANIE
Skład mleczka Ziaja Cupuacu dosyć mnie zaskoczył.. Oczywiście na plus. Znajdziemy z nim między innymi:
> masło shea, które nawilża i odżywia skórę,
> pantenol, który łagodzi skórę,
> olej z orzechów brazylijskich, który regeneruje, odżywia i zmiękcza skórę,
> witaminę E, która jest świetnym antyoksydantem, uzupełnia braki w cemencie międzykomórkowym oraz poprawia nawilżenie,
>  olej z nasion makadamii, który regeneruje, wygładza i zmiękcza naskórek, 
> olej z nasion bawełny, który odżywia i łagodzi,
> masło cupuacu, które zmiękcza, nawilża i działa ochronnie,
> DHA, czyli składnik, który w reakcji ze skórą tworzy na niej delikatną opaleniznę.

Działanie balsamu Ziaja bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Produkt zwykle stosuję wieczorem, ale kilka razy zdarzyło mi się także rano. Opalenizna na skórze pojawia się bardzo szybko, bo już po około 3 godzinach. Jest ona delikatna,  bardzo naturalna. Co najważniejsze - kosmetyk nie tworzy smug, ani zacieków, ale przyznaję, że ja do jego aplikacji zawsze mocno się przykładam (szczególnie w miejscach takich jak łokcie, kolana i kostki).


Zapach balsamu jest na pewno dużo przyjemniejszy niż innych produktów do nadawania opalenizny. Nie mniej jednak jest on specyficzny (przez DHA oczywiście) i niekiedy mi przeszkadza, dlatego produkt aplikuję na noc, a rano biorę prysznic. Na temat opalenizny jaką otrzymuję dzięki balsamowi Cupuacu dostawałam mnóstwo komplementów i jest ku temu powód. Ja również jestem zachwycona delikatnym, równomiernym brązowym zabarwieniem mojej skóry (zero pomarańczki!). Aplikację balsamu powtarzam przez kilka dni pod rząd, a potem robię małą przerwę. Po prostu obserwuję moją skórę i stan opalenizny :) Jeśli chodzi o działanie nawilżająco-odżywcze to muszę się zgodzić w producentem, ponieważ obietnice zostały spełnione :) Produkt przepięknie nawilża i zmiękcza skórę na moim ciele, więc w dni kiedy go stosuję nie potrzebuję już innych mazideł :) No, ale patrząc na na prawdę sporą ilość wartościowych składników zawartych w preparacie to przecież nie mogło być inaczej!

Mleczko Ziaja Cupuacu dostaniecie na E-ziaja.com , w sklepach firmowych Ziaja oraz w internecie. Cena waha się od 12 do 16 zł.

Produkt testuję dzięki współpracy ze sklepem E-ziaja.com. Fakt ten nie wpłynął na moją opinię.


wtorek, 7 listopada 2017

Bielenda, kremowe serum do ciała z płatkami oswianymi i olejem lnianym (odżywianie)

Witajcie, kochane! Przychodzę dzisiaj z postem pielęgnacyjnym dotyczącym ciała. Jedna z moich najulubieńszych firm zasiliła swój asortyment o serum do.. ciała! A ponieważ ja wszystkie sera kocham to i tego nie mogłam sobie odmówić :) Zapraszam do czytania!


 Bielenda, kremowe serum do ciała (odżywianie)
 Produkt zamknięty jest w miękkiej, zgrabnej tubce o pojemności 200ml i prostej szacie graficznej. Ja skusiłam się na wersję odżywczą z olejem lnianym i płatkami owsianymi (biała tubka), aczkolwiek w asortymencie znajdziecie jeszcze wersję regeneracyjną z oliwką i jogurtem (zielona tubka) oraz wersję nawilżającą z miodem i mlekiem kozim (żółta tubka).


Produkt posiada dość zbitą konsystencję o białym zabarwieniu. Rozprowadza się ona bardzo łatwo i szybko, a wchłanianie również trwa krótką chwilę. Jeśli chodzi o zapach to ja określiłabym go jako bardzo delikatny i łagodny, nie powinien on nikogo drażnić, nie mniej jednak z niczym konkretnym się nie kojarzy, więc radzę powąchać w sklepie :)


SKŁAD I DZIAŁANIE
W składzie produktu znajdziemy między innymi:
> masło shea, które działa nawilżająco, regenerująco i odżywczo na naskórek,
> ekstrakt z nasion lnu zwyczajnego, który łagodzi i nawilża,
> wyciąg z nasion owsa, który zmiękcza, nawilża i regeneruje, 
> olej pistacjowy, który zmiękcza i ujędrnia skórę

Uwaga: na 3 miejscu parafina! 

Pełny skład:
Aqua (Water), Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Ethylhexyl Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Cyclopentasiloxane, Linum Usitatissimum Seed Extract, Avena Sativa (Oat) Meal Extract, Pistacia Vera (Pistachio) Seed Oil, Dimethicone, Sodium Stearoyl Glutamate, Sodium Polyacrylate, Disodium EDTA, DMDM Hydantoin, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal.
 

Działanie produktu nie zawiodło mnie ani trochę, mam wrażenie, że firma Bielenda idealnie wpasowuje się w moje wymagania i upodobania, bo jeszcze nie zdarzył mi się bubel z tej marki. Połączenie składników w serum odżywczym do ciała trochę mnie zadziwiło, ale muszę przyznać, że był to dobry ruch! Serum faktycznie dobrze odżywia i regeneruje skórę oraz mocno ją nawilża. Moje ciało po zastosowaniu produktu jest niesamowicie gładkie i mam wrażenie, że nawet trochę napięte. Moja mocno sucha skóra na nogach i ramionach czuje ukojenie i nie jest już nieprzyjemnie szorstka. Bielenda znów miło mnie zaskoczyła i z chęcią przetestuję inne wersje produktu :)

Cena serum waha się między 12,50 a 16 zł. Dostępność bardzo dobra - Rossmann, internet.
Wydajność rewelacyjna, można się smarować i smarować, a końca nie wydać! Duży plus daję także za opakowanie, które stoi na korku i serum zawsze łatwo można wydobyć.

Pozdrawiam,
Ewu ;)

czwartek, 2 listopada 2017

Novaclear, punktowy preparat na zmiany trądzikowe

Kilka postów wcześniej (przy okazji recenzji esencji od Bieledny) pisałam Wam, że na skutek stosowania kilku nowych produktów moja cera zmieniła się nie do poznania. Miałam opisać Wam całą pielęgnację mojej skóry, ale z tym jeszcze chwila mi zejdzie, więc dziś spieszę zapoznać Was z kosmetykiem, który bardzo mi ostatnio pomógł! Zapraszam do recenzji :)


Novaclear, preparat punktowy do osuszania zmian trądzikowych
Preparat zamknięty jest w tubce o pojemności 10ml i dostaniecie go na diagnosis24.pl za 19,90zł. Opakowanie jest miękkie i poręczne, łatwo wydobyć z niego produkt. Żel przeznaczony jest dla osób z cerą trądzikową, skłonną do wyprysków. Należy stosować go tylko punktowo. Preparat posiada przezroczysto-mleczny kolor i dość rzadką konsystencję, która na szczęście nie spływa z twarzy.



DZIAŁANIE I SKŁAD
Producent zapewnia, że kosmetyk działa osuszająco, antybakteryjnie oraz że oczyszcza pory. Ponad to zawarty w preparacie Inflacin ma za zadanie łagodzić zaczerwienienia oraz stany zapalne skóry.  

W składzie żelu Novaclear znajdziemy między innymi:
> kwas salicylowy 2%, który przesusza zmiany trądzikowe, działa antybakteryjnie i złuszczająco
> sok aloesowy, który łagodzi stany zapalne, koi, nawilża
> ekstrakt z rumianku, który łagodzi i regeneruje
> kwas mlekowy, który złuszcza, zmiękcza i nawilża

Cały skład:
Aqua, Glycerin, Ammonium Acryloyldimethyl­taurate/VP Copolymer, Salicylic Acid, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Aloe barbadensis Leaf Extract, Ethylhexyl­glycerin, Hexylene Glycol, Diisopropyl Adipate, Chamomilla recutita Flower Extract, PEG-12 Glyceryl Distearate, PEG-23 Glyceryl Distearate, Retinyl Palmitate, Mannitol, Lactic Acid, Tocopheryl Acetate, Lecithin, Sphingolipids.
 

EFEKTY
Produkt Novaclear okazał się świetnym kosmetykiem i chciałabym już zawsze mieć go pod ręką :) Do tej pory używałam maści cynkowej, ale żel NC sprawdza się dużo lepiej, ponieważ działa szybciej. Kosmetyk ten stosuję wg zaleceń producenta, jak tylko czuję, że coś buduje mi się pod skórą. Dotychczas tego typu "wulkany" zajmowały sporą część mojej twarzy i walczyłam z nimi co najmniej tydzień. Obecnie po szybciej reakcji i zastosowaniu żelu punktowego żaden pryszcz mi nie straszny. Owe wulkany rzadko kiedy oglądają światło dzienne, ponieważ preparat tak świetnie sobie z nimi radzi, że nie mają one okazji wyjść na wierzch skóry. Całkowite usunięcie pryszcza zajmuje kosmetykowi około 3 dni, natomiast ja uważam, że działa on już od pierwszej chwili.

Bez wątpienia mogę polecić Wam żel Novaclear, jeśli oczywiście macie problem z pojawiającymi się co jakiś czas nieprzyjaciółmi :) Dostaniecie go dokładnie tutaj - klik klik.

Produkt testowałam dzięki współpracy z portalem diagnosis.pl. Fakt ten nie wpłynął na moją opinię.



Pozdrawiam,
Ewu ;)

poniedziałek, 30 października 2017

ZiajaPRO, maska antybakteryjna żelowa ze 100% spiruliną

Długie jesienne wieczory lubię spędzać robiąc sobie domowe spa. Jest to niesamowity relaks, a przy okazji porządne zadbanie o naszą skórę, włosy, czy paznokcie. Dzisiaj skupimy się na pielęgnacji twarzy, a dokładniej na konkretnej maseczce od marki Ziaja. Zapraszam do czytania!


ZiajaPRO, antybakteryjna maska żelowa ze 100% spiruliną
Maseczka przychodzi do nas w 2 częściach, które docelowo należy ze sobą połączyć przy pomocy dołączonej do zestawu plastikowej łyżeczki. Żel-baza maski zamknięty jest w wygodnej 500ml butli z pompką, natomiast 100% czysta alga niebieskozielona spirulina to proszek zapakowany w niewielką torebkę strunową (polecam trzymać sobie taką torebkę w dodatkowym opakowaniu - w moim przypadku mini pojemnik na żywność z IKEA). Kosmetyk ma dość specyficzny zapach wodorostów, który oczywiście zapewnia owy zielony proszek. Mi on nie przeszkadza, aczkolwiek dla osób wrażliwych może być nieznośny ;) Produkt przeznaczony jest dla osób z cerą mieszaną, tłustą, trądzikową, z rozszerzonymi porami. Maseczkę możecie kupić w stacjonarnym, bądź internetowym sklepie firmowym Ziaja (o tutaj - klik klik).

PRZYGOTOWANIE MASKI


Do przygotowania maski będziemy dodatkowo potrzebować miseczki lub innego pojemnika, aby wygodnie pomieszać składniki. Początkowo odmierzamy 30ml bazy-żelu, do którego następnie dodajemy 2,5-3ml algi spiruliny. Energicznie mieszamy do uzyskania gładkiej, żelowej masy i możemy aplikować maseczkę na twarz, szyję oraz dekolt. Ja maskę nakładam tylko na buzię, ponieważ w innych okolicach jej działanie nie jest mi potrzebne. Polecam Wam nakładanie odwrotem łyżeczki, szpatułką lub po prostu palcami. Maskę trzymamy na twarzy około 10-15 minut, a następnie zmywamy letnią wodą.


SKŁAD I DZIAŁANIE
 
ŻEL-BAZA
W jego składzie znajdziemy:
> kompleks proteinowo-cynkowy,
> alantoinę,
> D-pantenol (prowitaminę B5)

Zadaniem wyżej wymienionych substancji jest:
> hamowanie rozwoju bakterii, regulacja wydzielania sebum, zmniejszenie porów, zmniejszenie powstawania wyprysków i zaskórników.

ALGA NIEBIESKOZIELONA SPIRULINA (100%)
W 100% aldze spirulinie znajdziemy mnóstwo wartościowych składników. Są to między innymi:
> proteiny,
>  kwas GLA,
> witaminy z grupy B,
> witaminy E, K,
> minerały (m.in. żelazo, cynk, potas selen)
Barwniki spiruliny, czyli niebieska fikocyjnanina i zielony chlorofil również mają swoją zasługę w działaniu maski na skórę. 

Działanie wyżej wymienionych składników:
> nawilżenie, odżywienie, zwalczanie wolnych rodników, regeneracja, 
> wygładzenie, nadanie ładnego kolorytu skórze, poprawienie napięcia, łagodzenie skóry. 

Warto dodać, że alga spirulina nie traci swoich właściwości pielęgnacyjnych nawet po sproszkowaniu. 


EFEKTY
Już po pierwszym użyciu na mojej skórze widoczne były efekty działanie maski Ziaja Pro. Co zauważyłam? 
> maksymalne wygładzenie skóry,
> wyrównanie kolorytu,
> zmniejszenie widoczności porów,
> zmniejszenie wydzielania sebum przez kilka kolejnych dni,
> nawilżnie.

Masę zwykle trzymam do 15 minut, ale już po około 5 czuć jak produkt zasycha i ściąga skórę. Mimo to nie mam później problemu ze zmyciem kosmetyku z twarzy. Nie zauważyłam także żadnych efektów niepożądanych. Produkt Ziaja Pro możecie zakupić w sklepie E-Ziaja.com, a jego cena to 48,87 zł. Uwierzcie mi, że patrząc na świetną wydajność kosmetyku ta cena jest naprawdę atrakcyjna.

Produkt testowałam dzięki współpracy ze sklepem E-Ziaja.com. Fakt ten nie wpłynął na moją opinię.



Pozdrawiam,
Ewu ;)

czwartek, 26 października 2017

Isana, Berry Love, płyn do kąpieli

Witajcie kochane! Jakiś czas temu pokazałam Wam na instagramie nowość w mojej łazience, czyli płyn do kąpieli od Isany. Zainteresowanie nim było tak duże, że postanowiłam napisać osobną recenzję tego produktu, choć wcale takich planów nie było ;) Zapraszam do czytania!


Isana, Berry Love, płyn do kąpieli
 Kosmetyk zamknięty jest w zgrabnej butli o pojemności aż 500ml. Szata graficzna jest prosta, ale wg mnie bardzo efektowna - w końcu to aspekt wizualny sprawił, że zauważyłam płyn na półce pośród co najmniej kilkunastu innych tego typu produktów. Kolor płynu bardzo skojarzył mi się z jesienią i długimi, relaksującymi kąpielami, natomiast jego zapach przekonał mnie jeszcze bardziej. Uważam, że nazwa Berry Love oddaje go najlepiej :) Żelowa konsystencja płynu idealnie współgra ze stosunkowo dużym otworem w buteleczce. Produktu nie ubywa zbyt dużo i bez problemu można zapanować nad wylewaną jego ilością.


 SKŁAD I DZIAŁANIE
Producent zapewnia, że płyn do kąpieli Isana Berry Love nie tylko funduje nam aromatyczną kąpiel pośród przyjemnej piany, ale także pielęgnuje skórę poprzez odpowiednie funkcjonowanie gospodarki wodnej i ochrony przed wysuszaniem. O moich przemyśleniach na ten temat opowiem za chwilę, a póki co przyjrzyjmy się składowi kosmetyku. Znajdziemy w nim między innymi:
> glicerynę (glycerin), która wygładza naskórek, nawilża go, ułatwia przenikanie wgłąb skóry innym substancjom nawilżającym,
> kwas cytrynowy (citric acid), który rozjaśnia i wygładza naskórek,
> ekstrakt z jagód acai (Euterpe Oleracea Fruit Extract), który działa antyoksydacyjnie oraz nawilżająco.

Cały skład możecie zobaczyć na Wizaz.pl


Całkowity skład tego produktu nie jest raczej powalający, a w zasadzie powiedziałabym, że całkiem przeciętny. Pomimo to, muszę przyznać, że jest to jeden z nielicznych płynów do kąpieli, który ani trochę nie przesusza mojej skóry. Może produkt Berry Love nie ma właściwości nawilżających tak jak zapewnia producent i informacje na etykietce, ale ja jestem zadowolona, że nie ściąga on skóry, nie przesusza jej i nie powoduje, że staje się ona tępa w dotyku. Ponad to warto zaznaczyć, że kosmetyk tworzy piękną i ogromną pianę! Na prawdę uważajcie ile go dolewacie do wody :) Aspekt aromatyczny również oceniam na duuuży plus :) Zapach jest nieco chemiczny, ale czego można się spodziewać za kilka złotych.


Isana Berry Love to bardzo wydajny płyn, który dostaniecie w Rossmannie za niecałe 8zł! Za taką dobrą wydajność, super pianę i brak przesuszenia skóry jak najbardziej warto spróbować. :)

PS - na opakowaniu widnieje adnotacja "edycja limitowana", także śpieszcie się z zakupami :)

Pozdrawiam,
Ewu ;)

poniedziałek, 23 października 2017

Golden Rose, false lashes mascara (full body volume&length instant lift up)

Moje naturalne rzęsy są ładne, długie i podkręcone, ale oczywiste jest, że po wytuszowaniu wyglądają jeszcze lepiej, a ja jestem bardziej wyrazista. Z reguły sięgam po tusze do rzęs z niższej półki cenowej i sprawdzają się one raz lepiej raz gorzej. Przede wszystkim zależy mi na tym, aby produkt nadał moim rzęsom mocno czarny kolor, pięknie je rozczesał i rozdzielił oraz aby się nie osypywał w trakcie dnia (makijaż noszę niestety długo, bo od 12 do 16h). Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją kosmetyku firmy Golden Rose (jednej z moich ukochanych ;)) - zapraszam na czytania!


Golden Rose, false lashes mascara (full body volume&lenght instant lift up)
 Jest to mój drugi w życiu tusz z tej firmy i powiem Wam szczerze, że już tak pozostanie :) Wyżej wymieniony produkt poleciła mi Pani konsultantka jakiś miesiąc temu. Bez wahania zdałam się na jej opinię i tusz pojechał ze mną do domu. Opakowanie produktu jest ładne, srebrne, ale niestety szybko się rysuje (napisy póki co są całe i zdrowe). Pojemność to 9ml, a tusz ważny jest 6 miesięcy od czasu otwarcia. Koszt maskary to 15,90zł w Golden Rose (klik klik), ale w pozostałych drogeriach internetowych można dorwać go nieco taniej. Osobiście uważam, że cena tak, czy siak jest bardzo atrakcyjna szczególnie, że produkt robi prawdziwe cuda na rzęsach!


 Wygodna silikonowa szczoteczka z różną długością ząbków/włosków wychwytuje każdą rzęsę i nadaje jej idealny czarny, wyrazisty kolor. Plusem jest to, że tym konkretnym aplikatorem nie ubrudzicie sobie powieki za każdym razem, kiedy robicie makijaż. Szczoteczka jest na prawdę precyzyjna i stosunkowo niewielka. Kolejnym atutem tuszu jest to, że nie wymaga on kilku-kilkunastu dni do wyschnięcia, aby nadać lekki wygląd rzęsom i nie skleić ich. Ja poradziłam sobie z jego obsługą od razu i bardzo mnie to ucieszyło. Czasami na szczoteczkę nabiera się zbyt dużo kosmetyku, ale z łatwością można otrzeć ją o gwint i problem znika.


EFEKTY
 Co tu dużo opowiadać - najlepiej jest to zobaczyć. Niektóre z Was uznają, że moje rzęsy przed pomalowaniem są ładne i dość ciemne, ale tak jak wspominałam - lubię na co dzień być bardziej wyrazista, więc maskara jest nieodłącznym krokiem każdego makijażu. Moim zdaniem tusz Golden Rose świetnie rozczesał i wydłużył moje rzęsy, nie oblepiając ich nadmiarem produktu.


Osobiście już się przyzwyczaiłam, że ludzie pytają mnie, czy to moje naturalne rzęsy, ale uwierzcie mi, że teraz to pytanie pada kilka razy dziennie! Wszyscy się dziwią, że tusz tak pięknie rozczesuje moje "wahlarze", a przy tym wygląda lekko i naturalnie.


 Kosmetyk trzyma się na moich oczach cały dzień, nieważne jak wcześnie wykonuję makijaż i jak późno go zmywam. Maskara nie osypuje się, nie kruszy oraz nie podrażnia oczu. Ze zmywaniem również nie ma problemów i mi wystarcza do tego osławiona już woda micelarna z Garniera (wersja różowa). Dajcie koniecznie znać, czy znacie ten tusz i jak się u Was sprawdza :)

Buziaki,
Ewu ;)






środa, 18 października 2017

ZiajaPRO, krem-maska do skóry wokół oczu

Odkąd skończyłam 20 lat staram się nieco lepiej dbać o skórę wokół moich oczu. Jedne z Was pomyślą "co to jest 20 lat, masz jeszcze ładną skórę, a zmarszczki to odległy temat". Ja uważam nieco inaczej i trzymam się myśli, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Ponad to skóra wokół oczu jest dużo bardziej cieńsza niż na pozostałej części twarzy, więc wymaga zupełnie innej pielęgnacji. Obecnie mam 24 lata i uważam, że skóra pod moimi oczami jest w naprawdę dobrym stanie. Przetestowałam mnóstwo różnych produktów, ale dzisiaj skupię się na jednym konkretnym kosmetyku, z którym mocno się polubiłam :) Zapraszam na recenzję!


Ziaja PRO, krem-maska do skóry wokół oczu z ceramidami 1,3,6 (program naprawczy)
Produkt zamknięty jest w miękkiej tubce o pojemności 50ml. Dzięki temu, że opakowanie "stoi" na zakrętce to krem zawsze można z łatwością wydobyć. Otworek jest dobrego rozmiaru, a konsystencja kosmetyku treściwa, zbita i dość tłusta. Dostępność produktu jest bardzo dobra - znajdziecie go na E-ziaja.com (dokładnie tutaj), w sklepach stacjonarnych oraz w wielu drogeriach internetowych. Cena waha się między 21, a 27 zł.

DZIAŁANIE I SKŁAD
Producent zapewnia, że pro krem-maska działa na skórę naprawczo, regeneruje ją, odżywia, ujędrnia, odmładza oraz przywraca naturalny blask. Nada się on zatem przede wszystkim dla osób z problemami przedwczesnego starzenia okolicy pod oczami, suchością oraz wiotkością skóry. W składzie produktu znajdziemy między innymi:
> masło kakaowe, które nawilża, wygładza oraz natłuszcza skórę,
> pantenol, który łagodzi oraz przyspiesza regenerację,
> ceramidy 1,3,6II, które uzupełniają braki w cemencie międzykomórkowym, dostarczają lipidów, zapobiegają utracie wody 
> witaminę C, która zwalcza wolne rodniki oraz rozjaśnia skórę

Uwaga - produkt zawiera w sobie parafinę! 

Pro krem-maskę stosuję już od kilku tygodni i jestem szczerze zaskoczona. Produkt pomimo niskiej ceny okazał się równie dobry, co niejeden kosmetyk z wyższej półki. Stosuję go codziennie wieczorem jako krem, natomiast 2-3 razy w tygodniu jako maskę. Przy drugiej opcji nakładam kosmetyku znacznie więcej, wykonuję delikatny masaż okolicy oka, a resztę pozostawiam do wchłonięcia na noc. Uwierzcie mi, że pokochacie efekt jaki zobaczycie rano w lusterku :) 

Warto dodać, że produkt nie bardzo nadaje się do stosowania na dzień / pod makijaż, ponieważ ze względu na tłustą konsystencję wchłania się nieco dłużej i pozostawia okolicę pod oczami mocno nawilżoną, co niekoniecznie dobrze współgrałoby z make-upem ;)



EFEKTY
Już po kilku użyciach moja skóra pod oczami zaczęła się zmieniać, natomiast całkowita zmiana nastąpiła po około miesiącu regularnego używania. Jakie efekty zauważyłam? 
> maksymalne nawilżenie,
> ujędnienie,
> rozświetlenie,
> rozjaśnienie, 
> ultra-gładkość <3

Od tej pory mogę śmiało pominąć kryjący korektor pod oczy w moim codziennym makijażu. Z powodzeniem zastępuję go delikatnym pudrem rozświetlającym i to mi w zupełności wystarcza. Dzięki pro kremowi-masce Ziaja PRO moja skóra codziennie wygląda świeżo i promiennie, a ja sprawiam wrażenie wypoczętej, nawet, gdy tak nie jest :)


Dodam jeszcze, że produkt ten jest tak szalenie wydajny, że nie zużyję go chyba przez rok! Treściwa konsystencja zdecydowanie ma tutaj swoją zasługę :)

Kosmetyk testuję dzięki współpracy ze sklepem E-ziaja.com. Fakt ten nie wpłynął na moją opinię.



Pozdrawiam,
Ewu ;)

niedziela, 24 września 2017

Bielenda > multiwitaminowa esencja 4w1 do skóry mieszanej - mój hit w pielęgnacji twarzy

Odkąd tylko usłyszałam o kosmetykach typu esencja to od razu zapragnęłam ich wypróbować. Moda na azjatycką pielęgnacje trwa już spory kawałek czasu, ale typowe dla niej produkty są stosunkowo drogie jak na pierwsze eksperymenty na skórze. Postanowiłam więc zakupić produkt naszej rodzimej marki, którą uwielbiam i która jak najbardziej nadąża za trendami panującymi w kosmetyce :)



 Produkt zamknięty jest w zgrabnej, przezroczystej buteleczce o pojemności 200ml. Prosta szata graficzna bardzo przypadła mi do gustu. Ja wybrałam sobie wersję do cery mieszanej (kolor niebiesko-zielony), ale w ofercie marki znajdziecie także produkty dla cery dojrzałej (kolor fioletowy) oraz wrażliwej (kolor różowy). Kosmetyk ten ważny jest 6 miesięcy od czasu otwarcia, a mi pierwsze opakowanie (teraz jestem w trakcie używania drugiego) starczyło na około 4 miesiące. Cena waha się od 12 do 15zł, a z dostępnością nie ma problemów (Rossmann, internet). Opakowanie esencji ma dobrej wielkości otworek dzięki czemu kosmetyku nie ubywa za dużo. Zaznaczę także, że produkt bardzo ładnie i nienachalnie pachnie.


DZIAŁANIE I SKŁAD
Producent obiecuje, że esencja działa jak krem, maska, tonik i mleczko oczyszczające w jednym. Przyznam szczerze, że ja używam tego kosmetyku właśnie zamiast toniku i prawdę mówiąc nie wierzyłam w pozostałe zastosowania. W składzie produktu znajdziemy między innymi:
> filtrat drożdżowy (Saccharomyces Ferment Filtrate), którego zadaniem jest nawilżanie oraz poprawa elastyczności i sprężystości skóry (działanie przeciwzmarszczkowe)
> kwas glikolowy (glycolic acid), który złuszcza naskórek, wyrównuje koloryt cery oraz zapobiega powstawaniu wyprysków,
> witaminę B3 (niecynamide), która rozjaśnia przebarwienia, poprawia nawilżenie skóry oraz działa antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie,
> alantoinę (allantoin), która działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, wygładza,
>małocząsteczkowy kwas hialuronowy (sodium hyaluronate), który nawilża, regeneruje, odmładza i wiąże wodę na naskórku (bardzo dobrze ogranicza TEWL)

Esencję stosuję od maja tego roku. Tak jak wspominałam wyżej używam jej zamiast toniku, czyli po oczyszczaniu cery, a przed nałożeniem serum. Pierwsze efekty zobaczyłam już po kilkunastu użyciach, ale na całkowite działanie kosmetyku trzeba było poczekać. Totalna przemiana mojej skóry trwała od maja do przełomu lipca/sierpnia i to właśnie wtedy nastąpił przełom. Oczywiście na poprawę jej stanu miały wpływ jeszcze inne produkty, ale jestem niemal pewna, że to multiwitaminowa esencja od Bielendy przyczyniła się do tego najbardziej. Dlaczego? Ano, dlatego, że wymienione i opisane wyżej składniki to wszystko, co moja kapryśna cera bardzo lubi. Nowością był jedynie filtrat drożdżowy, który jak możecie się domyślać jest moim nowym odkryciem. 

 JAK BYŁO WCZEŚNIEJ?
Moja cera od kilku lat płatała mi niezłe figle. Raz było lepiej, raz gorzej, ale niestety z naciskiem na to drugie. Próbowałam wielu kosmetyków, wielu zabiegów, ale na dłużej niż 2 tygodnie nie pomagało zupełnie nic. Moja skóra twarzy była ściągnięta, a jednocześnie mocno przetłuszczała się w strefie T. Ponad to posiadała dużo zaczerwienień (policzki, nos) oraz większe wypryski, których końca nie było widać (były to głównie duże i bolesne zmiany zapalne).

EFEKTY PO 3 MIESIĄCACH
Tak jak wspominałam na całkowite efekty musiałam poczekać dobre 3 miesiące przy regularnym stosowaniu esencji (2 razy dziennie). Przez pierwszy tydzień niemal idealnego stanu mojej cery nie wierzyłam, że może to potrwać dłużej niż 2-3tygodnie. Na szczęście zadowalający mnie efekt towarzyszy mi od początku sierpnia i mam nadzieje, że zostanie ze mną na dłuuuugi czas. Jakie zmiany zauważyłam?
> wyrównanie kolorytu mojej cery,
> uspokojenie zaczerwienień skóry,
> wyraźna poprawa nawilżenia,
> brak wyprysków (!!!!!),
> cera gładka, miła w dotyku, wyraźnie oczyszczona

To wszystko na prawdę się stało! Jestem niesamowicie zadowolona z działania multiwitaminowej esencji 4w1. Obecnie zużywam drugie opakowanie produktu, ale myślę, że będzie ich jeszcze całe mnóstwo! Serdecznie polecam Wam przetestowanie tego kosmetyku :) Wiem, że kilka osób narzekało na podrażnienie i zaczerwienienie skóry po zastosowaniu esencji (nie tylko tej do cery mieszanej), ale u mnie nic takiego się nie wydarzyło. Nie wiem jak spisałaby się esencja fioletowa lub różowa, być może kiedyś je przetestuję, ale póki co zostanę wierna właśnie tej błękitno-zielonej :)

Wkrótce pojawi się post o całej pielęgnacji mojej cery i tam wspomnę o kolejnych ulubieńcach, którzy również pomogli mi w ogarnięciu chaosu na twarzy :)

PS - żałuję, ze nie mam dla Was zdjęć przed i po, ale uwierzcie, że w wersji PRZED moja liczba selfie spadła do minimum i chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego... ;)

Pozdrawiam,
Ewu ;)

czwartek, 21 września 2017

Ulubieńcy makijażowi - Inglot, Golden Rose, Maybelline, Wibo

Cześć kochane! Muszę Wam przyznać, że ostatnimi czasy mój makijaż ograniczał się do totalnego minimum i wszelkie mazidła poszły w odstawkę. Powody były dwa: brak czasu oraz poprawa stanu mojej cery, która od lat nie wyglądała tak dobrze, że nie potrzebowała makijażu (tfu tfu). Wrzesień jest pierwszym wolniejszym miesiącem od długiego czasu więc postanowiłam wybrać się na zakupy i potestować trochę nowych produktów makijażowych :) Los chciał, że w moje ręce wpadło kilka prawdziwych perełek i koniecznie chciałabym Wam o nich dzisiaj wspomnieć. Jeśli jesteście ciekawe, jakie to kosmetyki to zapraszam do dalszej części posta!


Pierwszym fenomenalnym produktem okazał się podkład Maybelline Fit Me Matte + Poreless (105), którego jakiś czas temu polecała Zmalowana. Kosmetyk ten nada się do osób z cerą tłustą, mieszaną lub ewentualnie normalną. Wygląda on na buzi niesamowicie naturalnie, a to dlatego, że nie tworzy płaskiego matu tylko satynowe, zdrowe wykończenie. Ważne jest też to, że podkład świetnie wyrównuje koloryt cery, zakrywa jej zaczerwienienia oraz drobne zmiany (przy większych konieczne jest użycie korektora). Trzyma się dobre kilka godzin, nie ciemnieje na twarzy, nie zapycha. Najbardziej lubię go nakładać palcami, a krycie z łatwością można budować do dobrego średniego poziomu :) Dla mnie bomba!


Kolejnym ulubieńcem jest sztyft rozświetlający Golden Rose w kolorze złotym (01 bright gold). Kosmetyk ma piękny szampański kolor, którego nasycenie z łatwością można budować. Nałożony jedną, cienką warstwą wygląda bardzo naturalnie i dziewczęco (nie zawiera brokatu), a właśnie o taki efekt chodzi mi na co dzień. Sztyft łatwo się rozprowadza, dobrze trzyma się na skórze i sprawia wrażenie baaardzo wydajnego. Za cenę 19,90zł na prawdę warto spróbować.


Szminkę Wibo Juicy Color miałam w 3 odcieniach, ale to właśnie nr 7 przypadł mi do gustu najbardziej. Jest to idealny brudny róż na codziennie wyjścia do pracy, sklepu, czy na spacer. Produkt rzekomo posiada w sobie balsam do ust, aczkolwiek ja nie zauważyłam szczególnego nawilżenia. Jednak trzeba przyznać, że szminki Juicy Color faktycznie nie wysuszają ust, a bardzo mi na tym zależało (maty już trochę mi się przejadły ;)). Trwałość oceniam dobrze - bez jedzenia i picia produkt wytrzymuje u mnie dobre 3-4h, także za taką cenę (około 12zł) jestem zadowolona :)
Cień Aquastic od Inglot (12) zobaczyłam jakiś czas temu u Korneli. Efekt spodobał mi się na tyle bardzo, że już następnego dnia miałam swój egzemplarz w kosmetyczce. Cień jest zamknięty w opakowaniu podobnym dla błyszczyków i taki też posiada aplikator. Produkt jest niesamowicie mocno napigmentowany oraz bardzo, bardzo trwały. Odcień 12 to dla mnie idealny szampan, który nałożony na powiekę ruchomą robi absolutnie całą robotę w makijażu! Nakłada się go bardzo łatwo i przyjemnie, ale trzeba szybko rozblendowywać granice, ponieważ cień szybko zastyga. Trwałość, wydajność, dobra cena - czego chcieć więcej? ;)


Ostatni mój hit to nowość firmy Golden Rose - tusz do rzęs wydłużająco-pogrubiający (False lashes mascara) w odcieniu czarnym. Pierwsze co mnie od razu urzekło to idealna silikonowa szczoteczka z ząbkami, które wychwytują każdą, nawet najmniejszą rzęsę. Z takimi szczoteczkami trzeba umieć pracować, ponieważ łatwo można posklejać swoje wachlarze. Ja tego problemu nie mam, ponieważ tusze nakładam zwykle ruchem zygzakowatym uprzednio wycierając nadmiar produktu ze szczoteczki. Efekt na rzęsach jest piorunujący i zauważyli to nawet mężczyźni z mojego otoczenia. Kolor jest faktycznie czarny, mocny, wyrazisty. Trwałość super, produkt nie osypuje się, a rzęsy do końca dnia wyglądają bardzo dobrze.


Dajcie znać, czy stosowałyście któryś z moich ulubieńców i co o nich sądzicie! :)

Pozdrawiam,
Ewu ;)